Nasza szkolna wyprawa do Zakopanego zaczęła się jak klasyk kina drogi —rzęsisty deszcz, peron 1 w Rabce-Zdroju, pociąg, kanapki z domu, duża ilość chipsów, słodycze i wielkie nadzieje. Aura jednak uznała, że będzie bohaterem drugoplanowym i nie odpuszczała ani na chwilę.
Pierwszy przystanek: Muzeum Oscypka, gdzie na warsztatach dowiedzieliśmy się, że oscypek nie robi się sam (szok), a praca na hali do łatwych nie należy. Efekty? Jedni stworzyli dzieła sztuki, inni — nową gałąź serowarstwa abstrakcyjnego. A tak poważnie, zrobienie oscypka to wyższa szkoła jazdy. Jedni formowali serowe arcydzieła, inni stworzyli coś, co przypominało raczej serek z ambicjami. Najważniejsze jednak, że wszystko było jadalne (prawie). Po serowych emocjach przyszedł czas na kręgle w Termach Zakopiańskich — i tu dopiero zaczęło się widowisko. Kule toczyły się z gracją (lub bez), niektóre wybierały tor sąsiedni, inne zatrzymywały się w połowie drogi, jakby nagle zwątpiły w sens życia. Niektórzy odkryli w sobie talent, inni… przynajmniej talent do dopingu.
Finał należał do McDonald's, gdzie nawet deszcz przestał przeszkadzać, bo frytki zawsze smakują jak zwycięstwo i czekała na nas oferta specjalna: Zestaw regeneracyjny po wycieczce — frytki większe niż motywacja do nauki matematyki, napój na ugaszenie łez pogodowych i burger (oby tylko jeden), który zniknął szybciej niż kieszonkowe. Niektórzy powiedzą, że to zwykłe menu, ale my wiemy swoje — po takiej pogodzie, warsztatach z oscypka i kręglach był to posiłek ratujący morale piątoklasistów (mniam, mniam). W gratisie dostaliśmy poprawę humoru, pełny brzuch i nagłe przekonanie, że ta wycieczka jednak była genialna
Wracaliśmy pociągiem zmęczeni, pachnący oscypkiem i bogatsi o wspomnienia. Pogoda była niekorzystna, ale śmiechu było tyle, że spokojnie starczyłoby na słoneczny dzień.
